o tym i o owym co mi przyjdzie do głowy
stat4u
RSS
niedziela, 04 września 2011
Słowo na niedzielę

- On był zawsze radosny, mówiła Dora, ostatnia wielka miłość Kafki.

Kafka?? Radosny??

?

Ten Kafka, którego kochała, był nieśmiałą, delikatną istotą, mężczyzną, który spotkawszy w Berlińskim parku małą dziewczynkę płaczącą po stracie lalki, napisał serię listów od lalki, wyjaśniając dlaczego musiała odejść.

 

Dora spaliła wszystkie prywatne notesy Kafki, wypełniając jego ostatnią wolę. Większość jego książek znamy jedynie dlatego, że Max Brod sprzeniewierzył się woli przyjaciela i zamiast spalić autorskie egzemplarze, polecił je wydrukować.

 

I na koniec 

Spokojna, delikatna, niedzielna Cesaria Evora:



 

(Mamo, a dlaczego ty ciągle słuchasz piosenek po hiszpańsku? Przecież francuskie są ładniejsze!)

czwartek, 01 września 2011
Pręt

Dawno dawno temu, w zamierzchłych czasach, pewien Doradca Duchowy powiedział jej, że powinna zostać prętem od barierki.

Prostym, twardym, metalowym, nieustępliwym, a jednak połączonym z większą całością. Co rok malowanym na zielono mocną, antykorozyjną farbą. Prętem, co się wichrom nie kłania.

Jako osoba wychowana w posłuszeństwie, ufająca autorytetom całym swoim małym dziewczęcym serduszkiem, wierząca, że tak, istnieją ludzie, którzy WIEDZĄ LEPIEJ, którzy MAJĄ RACJĘ, starała się ze wszystkich sił zamienić się w pręt. Stawała nieruchomo, na jednej nodze i trzymając się poziomej balustrady zastygała na pół godziny, czasem nawet dwie, a raz jej się udało wytrzymać godzin trzy. Mając głębokie zaufanie do Doradcy Duchowego wierzyła, że to ćwiczenie jest dla niej niezbędne, że nigdy nie zostanie PRAWDZIWYM CZŁOWIEKIEM, jeśli najpierw nie stanie się metalowym prętem. Godzinami rozmyślała nad sensem porady, próbując doszukiwać się już nawet nie drugiego, ale trzeciego, czy czwartego dna. Bycie nieruchomym, metalowym prętem wydawało się jej najwyższą formą medytacji: jest się tylko metalem, lodowatym w zimie i gorącym w lecie. Właściwości przewodzące metalu jawiły się jej jako najwyższa forma tajemnicy  - jest się zimnym, nieruchomym i martwym, aż nagle bach! Prąd przepływa , energia, elektrony tańczą i buzują w środku, żadna żywa istota nie przeżyje dotknięcia, a jednak nadal pręt stoi jak stał, prosty, niewzruszenie przyczepiony do barierki.

Niestety – im bardziej się starała, tym bardziej się czuła nie-prętem: miękkim, wrażliwym ciałem składającym się z uczuć i 80% wody. Nie mogła już dłużej udawać i zagościło w niej straszne poczucie porażki.

Balustrada pokryła się rdzą. Doradca Duchowy się rozpił i popełnił samobójstwo.

Cały świat się rozpadał na maleńkie okruszki.

wielorakość

Właśnie się zdecydowała/em, że jestem kilkoma osobami.

Nie tak, że nie wiem, kim jestem, muszę się odnaleźć i takie tam napuszone i sentymentalne bzdury.

Nienienie.

Odnalazłam się w wielu postaciach, no, może nie zaraz kardynała Richelieu, ale skromna siostra Lucjana jest jedną z nas.

Bardzo lubimy siebie.

Wiemy, że szaleństwo ma swoje granice, ale nie jesteśmy szaleni. Szalenie się tylko cieszymy, że jesteśmy. No, może jest to trochę niezwyczajne, ale - umówmy się - skoro nas jest wiele, to mamy rację. Nie musimy pisywać na Onet.pl, żeby uzyskać akceptację. W ogóle nie musimy pisywać, wolimy pisać. Śnimy takie rzeczy, o jakich innym się nie śniło. Żyjemy sobie spokojnie, nie wadząc nikomu, w cichości ducha pielęgnujemy swoje pasje, inklinacje i manie. 

Lubimy swoje namiętności i żądze. I wcale nie chcemy się ich pozbywać.

Kiedy jeszcze żyliśmy w WIELKIEJ SMUCIE, że oto musimy być pojedynczy i wybierać, czy chcemy być doktorem, mamą, żoną, kolegą , koleżanką, córką, synem, Prezydentem Szkoły, członkiem Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników czy Kościoła Katolickiego, za każdym razem wybór był nieznośnym ciężarem. Nie byliśmy zatem konsekwentni i mieliśmy ochotę w pracy magisterskiej zamieścić wiersze naszego autorstwa (nie, żebyśmy takowe pisali). Będąc koleżanką mieliśmy nagłą, nieodpartą chętkę być członkiem.

Z uwagi na powyższe ludzie nas traktowali niewyraźnie, niekonkretnie i niespójnie. Kiedy tylko sobie nas jakoś określili, my zmienialiśmy głos i zaczynaliśmy się zachowywać zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Na manifie po cichutku odmawialiśmy godzinki, w kościele stanowczo stwierdzaliśmy, że "mój brzuch mój wybór".

Uciszenie jednego z nas było jak amputacja, jak odcięcie żywej i bardzo istotnej części nas samych. Jak powolne samobójstwo poprzez odkrajanie różnych części ciała.

Skutkiem takiej sytuacji była również walka wewnętrzna: nas z nami. Jedne osoby nie lubiły innych i ciągle je krytykowały, a wręcz obrzucały niewybrednymi określeniami.

Wyzwiska, takie jak "Idiotko jedna, jak mogłaś to zrobić!", "stara baba", "kretynka z ciebie, wiesz?", "prostaczka", "dziwka", "zakłamana cipa", "wariatka", "brzydka jak noc" itp. były na porządku dziennym.

Nie czuliśmy, że możemy tworzyć, bo każdy akt twórczy był natychmiast krytykowany przez inne postaci wewnętrzne. Każdy radosny, odważny, przełomowy krok zostawał smutnym, tchórzliwym bobkiem, kiedy przejechał po nim walec tzw. dialogu wewnętrznego. Na zewnątrz zawsze się zgadzaliśmy z naszymi krytykami, wszystko jedno, czy twierdzili, że jesteśmy próżni, czy przeciwnie - zahukani.

W końcu nie mieliśmy wyboru, trzeba było się ze sobą pogodzić, albo śmierć nas czekała niechyba. Życie puste, nudne, głupie, płaskie jak płaszczka i szare jak szczur. Życie takie, które nie wynikało z naszego wewnętrznego bogactwa, lecz było jedynie usilnym dążeniem do bycia normalnym - czyli takim, jak większość dookoła. Nie życie zatem, a śmierć.

Wybraliśmy życie.

Uścisnęliśmy sobie ręce, przytuliliśmy się wszyscy do siebie i zrozumieliśmy, że tacy jesteśmy.

Wieloracy.

idziemy do szkoły

Adek zaczął nową szkołę.

Mama wbiła go w niewygodny, drapiący mundurek, ustawiła go pod ścianą koło gaśnicy i kocyka przeciwpożarowego i zaczęła robić zdjęcia:

Jako typowy najgorszy fotograf świata nie zauważyła pustego słoika po ogórkach, który czekał w kącie na zmiłowanie i tak zwany recykling. Czekał razem z kartonem po pizzy. Widać wyraźnie, czym mama karmi dziecko. 

Ale fotograf amator słynie z tego, że nigdy się nie zraża, gorąca pasja jest kompasem jego twórczości. Ani noga od krzesła, ani też drzwi lodówki nie są w stanie zakłócić jego skupienia.

Owoce skupienia możemy podziwiać na kolejnych fotografiach:

 

 

 

Na ostatniej z nich widać wyraźnie, że cierpliwość dziecka ma też swoje granice.

Dobrze, że już szkoła za rogiem. Fotografowi amatorowi w mamie zaczęły się łapki trząść z podniecenia, kiedy zobaczył na podwórku szkolnym 40 chłopców ubranych dokładnie tak samo. Dziecko w mamie poczuło się, jak na kartach książki Mikołajek i inne chłopaki. Mama w mamie poczuła się rzewnie, chyba nawet łezkę uroniła, jak to mama. W końcu osoba dorosła w mamie powiedziała dość tego! Nie będę robić wstydu temu chłopcu! Zarządziła w tył zwrot i zagoniła całą czeredę z powrotem do domu.

 


 

 

środa, 24 sierpnia 2011

Nad Adrianem zawisła jakaś zła karma. Dzisiaj ukradli mu telefon - drugi w ciągu paru miesięcy. Wspinali się z chłopakami na drzewo i mój mądry syn zostawił kurtkę z komórką pod drzewem. W międzyczasie przyszli tak zwani knackersi, czyli kolesie, którzy mu w niedzielę sprzedali cios w twarz, koledzy uciekli, a knackersi wyjęli z kieszeni kurtki komórkę.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Wróciłam na dobre i na złe, jak się okazuje, Irlandia przywitała nas deszczykiem, wiaterkiem, chłodem i ciosem w twarz, który zarobił Adrian na naszej ulicy 2 minuty od naszego domu, kiedy to my skręciliśmy do Lidla i daliśmy Adziarzowi klucze, bo mu się już nie chciało do sklepu.

Zła jestem, a nawet wkurwiona, przestaje mi się ten domek podobać, co z tego, że przestronny, wygodny, czysty, kiedy nie mogę nawet posłać mojego nastoletniego dziecka do sklepu za rogiem, bo się czają tam bandy debili. 

Nie dostał za to, że jest Polakiem, podejrzewam, że nawet nie wiedzieli o tym, dostał za to, że nie był z nimi, że jest obcy, że nie wychowywał się na obesranych trawnikach i obszczanych murkach, wśród pijanych, zaćpanych czy po prostu bezradnych dorosłych, w rodzinach od zawsze bezrobotnych, na zasiłku, bez ojca, za to z czwórką rodzeństwa i psem.

Dostał za to, że sobie szedł.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Polska, sentymentalnie

 





Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Zaginęła, zgubiła się, zniknęła jak sen jaki złoty. Albo nocny koszmar.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

Widziano ją na dworcu we Wrocławiu, a wcale nie, bo w Miękini. Podobno była na zamku w Wojnowicach, widziano, jak się snuje ogrodami w wieczornej mgle. Nie, to nieprawda, była w Mleczarni i na Nowych Horyzontach, festiwalu takim, filmowym. Dyskutowała tam z reżyserami po projekcji, sama słyszałam, jak im pytania zadawała. Tak, tak, sumiennie chodziła, nowe horyzonty sobie to niby otwierać.

A gdzie tam otwierała - tak, była, ale sprzedawać bilety, a raczej odsprzedawać te, które wcześniej zakupiła. Wolała pójść na piwo z trzema koleżankami, z trzema czarownicami, trzema doktorkami od duszy ludzkiej i społeczeństwa po przejściach. Słyszano, jak broni polskości i ... A gdzie tam, co pani za bzdury plecie, właśnie broniła Żydów i punktu widzenia Grossa. Grossa?? Tego polakożercy?? Co za głupoty pan opowiada, gdzież tam ona by broniła Grossa! W życiu! Znam ją od przedszkola, od podstawówki, od taniego wina nad morzem, od wódki w parku wypitej, i powiem panu, że zawsze miała zdanie bardzo wyważone, nigdy by nie broniła punktu widzenia kogoś takiego, jak on.

Ona?? Wyważone zdanie?? O czym pani mówi?? Skrajne zdanie zawsze miała, mówię pani, skrajne to mało powiedziane, ekstremalne zdanie! Zdanie zawsze na nie, zawsze w opozycji do wartości, do kościoła, do odpowiedzialności i ustatkowania, a potem nagle, znienacka broniąca prawdy, dobra i piękna, ni z tego ni z owego zadająca te swoje dziwaczne pytania: powiedz mi, czy jesteś szczęśliwy? Czy nadal wierzysz w prawdę, dobro i piękno? Zawsze zbuntowana, zawsze w opozycji. I za to właśnie ją lubiłem, ba! nawet podkochiwałem się swego czasu, no, ale już była wtedy z tym swoim S., więc nie było o czym mówić. 

Ona? Wierząca w ideały?? No może tak niby mówi, ale jakie to tam idealy, to kurwa dziwka jest. Wkurwiła mnie na maksa, prawie rozwaliła mi małżeństwo, jakie ona ma, kurwa, prawo mówić mojej żonie, że ją zaniedbuję? Jakie ma kurwa, przepraszam, prawo wpierdalać się i rozpierdalać mi małżeństwo, buntować moją myszkę, że niby jak to tak, że ja sobie wychodzę, a ona siedzi w domu, że niby ja jej kasę wydzielam, no kurwa wydzielam, a co mam robić, cały miesiac zapierdalam, zarabiam, a ona by to mogła rozpierdolić w tydzień! Siedzi w domu, dzieckiem się zajmuje, no i dobrze, bo niby co ma robić? Przecież nikt jej teraz nawet nie zatrudni. Możliwości?? Jakie kurwa możliwości?? Ta kobieta żyje pod szklanym kloszem, jest kompletnie odrealniona, chyba w jakimś innym świecie, kurwa, żyje! Nie zdaje sobie sprawy jak to jest zarabiać, no nic dziwnego - od 6 lat siedzi w domu! Ja pierdolę, żałuję, że w ogóle się z nią spotkałem, żałuję, że Kaśkę, zone, zabrałem ze sobą - no bo po chuj?! Kaśka teraz siedzi w domu i mnie piłuje, smęci, marudzi, że niby to nie w porządku, że wyjeżdżam na koncert i jej nie zabieram, taaaa, kurwa, mam ją zabrać, żeby mi w połowie imprezy zaczęła marudzić! No a ten sms, powiedziałem jej, że nie ma o czym mówić, jaka kurwa zdrada, co jej do głowy nakładła ta glupia nie_ty, ja tej kobiety nie rozumiem. Że niby "chciałbym cię pieścić" do jakiejś laski to zdrada?? Noż kurwa na żartach się nie znają, na luzie, na dzisiejszym świecie, na smsach, na kurwa komputerach się nie znają, a co dopiero na współczesnej komunikacji! Baby powinny siedzieć w domu i dzieciakami się zajmować, dawać dupy mężowi i się cieszyć, że ktoś o nie dba, zarabia na dom, a ona nie musi się o nic martwić. Odwalilo tym  babom z tego dobrobytu!

 

Nie wiem, o czym w ogóle rozmawiacie, jakie nowe horyzonty, jaki zamek, jaka myszka, czy was już zupełnie pojebało?!

Na meczu była, siedziała obok mnie, kibicowała Śląskowi Wrocław! Pamiętam, jakby to było wczoraj - ja, moja Lodzia, i dwunastu listonoszy w zielonych koszulkach Śląska. I śpiewaliśmy: Glorii, glorii, alleluja! Śląski dziś wygra, nie ma ch..., tak tak, śpiewaliśmy, a potem jeszcze: kto dziś wygra? Kto dziś wygra? Wuuuu-kaaaa-eeees! 12 listonoszy, ona, moja Lodzia i ja. No i gdzie tam, wcale się nie upiła, wypiła może dwa małe piwa, jeszcze mojej Lodzi pilnowala, chyba kawę też zamówiła, tak, tak, pamiętam, bo sam płaciłem, kawę na pewno. Czarny chleb i czarna kawa, opętaani samotnością ...

Ona?? Na meczu?? No niechże już pan przestanie wyśpiewywać te bzdury! Przecież ona pojęcia nie ma, co to spalony! W Kalamburze była, mówię panu, w Kalamburze, widziałam, jak tańczyła z jakimiś dwoma chłopakami, najpierw nie chciała, bo niby taka grzeczna, ale chłopaki miłe, nie narzucające się, opiekuńcze, to i w końcu zaczęła z nimi wywijać po parkiecie!

W Kalamburze, w Scenie, na imprezie urodzinowej kolegi homoseksualisty, na zamku, na lodach, na spacerze, w górach, w drewnianej chacie, w lesie, w knajpie, w kinie, na basenie i w parku linowym.

Z przyjaciółką, z dzieckiem, z rodziną, z kolegami ze studiów, z kolegami gejami, z siostrą, bratem, mamą, tatą, z Kaśką, z poznaną dopiero co koleżanką i kolegą nie widzianym od pięciu lat.

Zagubiła się.

I jeszcze się nie odnalazła.

niedziela, 17 lipca 2011

Z rzeczy wielkopomnych to jeszcze doniese, że byłam na piwie ZE STUDENTAMI i mnie nie zjedli. Właściwie to było bardzo fajnie. 

Zero neurotyczności, naprawdę.

Aż sama sobą zdziwiona jestem.

Nasłuchałam się miłych rzeczy i wróciłam do domu o 2.

Gdzieś tam z tyłu głowy mocuje się poczucie porażki z przekonaniem, że nie wolno tracić czasu na rozpamiętywanie kiedy i dlaczego nas nie chciano. No nie chciano, nie chciano, jakie to ma cholerne znaczenie, kiedy świat nadal jest taki ciekawy i pełen możliwości, prawda?

Ale pierdoły mają to do siebie, że nigdy nie dają za wygraną i podgryzają, moje rzeczy z szuflady, chciałam napisać PRYWATNE, ale nie przesadzajmy, jakąż to prywatnością charakteryzują się kolorowe pisaki, gumka i spinacze, a nawet oceny studentów, a zatem rzeczy, które użytkuję w szkole plus parę osobistych głupot wepchnięto do jakiegoś pudła i bez żadnych ceregieli przeniesiono do innego pokoiku, malutkiego, dusznego, pomieszczenia z dziesięcioma innymi biurkami, wszystko dla kontraktowych, biurka zajmowane na zasadzie 'kto pierwszy ten lepszy' i nie, że raz tylko i na zawsze trzeba się okazać pierwszym, ale codziennie od nowa, każdego dnia od rana wyścig się zaczyna. Jestem zatem na biurowym zesłaniu, myślę sobie i rozglądam się po tej korporacyjnej Syberii, pierwsze co robię, to wzorem moich dwóch koleżanek naklejam malutką białą karteczkę na jedną z metalowych szafek i piszę na niej swoje imię i nazwisko, aż sama się rozśmieszam tym przejawem terytorialności.

Ale wiem, że przecież jakie to ma znaczenie, że ważne, że robię to co lubię, że ciągle mam szansę, że mogę się rozwijać i zwijać dowolnie, że mam dużą swobodę i mnóstwo czasu wolnego, że mogę pojechać na miesiąc do Polski i siedzieć w lesie. O.

W piątek na Auntie Underground puszczaliśmy to



 

A potem w sobotę cały dzień tego słuchałam. 

W kółko i w kółko.

Life was harda, life was harda, everything was harda

Talk to me, talk to me like a sparrow on a tree!

 

A dziś się prawie popłakałam przy tym:



W sumie nie wstydzę się swojego sentymentalizmu, wręcz dobrze mi z nim.

 

Adek się zintegrował z tubylcami, codziennie przesiaduje na podwórku (albo raczej na ulicy, bo tu podwórek nie ma) i nareszcie ma to, co bałam się, że niegdy już nie będzie mu dane.

 

Jutro lecimy do Polski.

Będę chodzić na festiwal filmowy i mieć wszystko w dupie.

Gotcha brain, gotcha brain, like a peanut on a plate!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92